W latach 50-tych do straży zgłosiła się jedna z firm wodociągowych z prośbą o odpłatne wynajęcie motopompy do tzw. wymulania. Prace te polegały na zamulaniu kabli telekomunikacyjnych pod dnem rzeki Wisłok w okolicy miasta Czudec. Specjalne ekipy nurków przy pomocy sprzętu strażackiego wypłukiwały dno rzeki do głębokości 1,5 m i w to miejsce układano kable.


 
Latach 50-tych OSP Niechobrz Dolny otrzymała motopompę Silesja M-800 od wójta gminy Racławówka Józefa RUSINKA. Strażacy wdzięczni za ofiarowany sprzęt gaśniczy wypisali na motopompie jego imię "JÓZEF".



Ze wspomnień druha Jana NIERODY (1914 - 2004)

Podczas okupacji hitlerowskiej strażacy z Niechobrza wyjechali do pożaru na Lisiakach (przysiółek Zgłobnia). Pod drodze ludzie mówili, żeby strażacy nie gasili tego pożaru, bo wkrótce ich domy mogą zostać podpalone.

Był to odwet, za wydanie Niemcom partyzanta przez jednego z mieszkańców. Również w tym okresie w sąsiedniej Błędowej Zgłobieńskiej powstał pożar stodoły i obory. Do pożaru tego wyjechali strażacy z Niechobrza Dolnego. Po dotarciu na miejsce akcji nie zastali ani ratujących ani gapiów. Strażacy niezwłocznie przystąpili do gaszenia pożaru za pomocą motopompy. Wkrótce zbiegło się pół wsi i podziwiali szybką akcję strażaków Niechobrza. Mówili nawet: "co za diabeł tak szybko wodę leje?". Pożar został szybko ugaszony a strażacy w nagrodę zostali poczęstowani przez mieszkańców bimbrem..

        Wójt gminy na wypadek pożaru wyznaczał gospodarzy, których konie wyjeżdżać miały do pożaru. Wyjeżdżało zawsze dwie pary koni. Jedna para ciągnęła wóz ze sprzętem gaśniczym, a druga para koni biegła z tyłu za wozem na wypadek, gdyby zaszła potrzeba zmiany konia. Na wypadek pożaru strażaków alarmowano ustnie, trąbką sygnałową lub biciem w metalową rurę. Przed przybyciem strażaków pożar gasili przeważnie sąsiedzi i domownicy przy pomocy wiader wodą, tłumic i bosaków.